Muzyka egzaltowana, przekorna i nieumiarkowana w ekspresji

Muzyka egzaltowana, przekorna i nieumiarkowana w ekspresji
Inaugurację Silesiowych "Niedziel z Chopinem" słusznie powierzono - 10 stycznia w katowickim Muzeum Archidiecezjalnym - artyście rodzimemu i bardzo jeszcze młodemu, być może uczestnikowi jesiennych, światowego zasięgu, dziewiątych igr konkursowych z muzyką Chopina w Warszawie, niedawnemu absolwentowi Akademii Muzycznej w Katowicach Grzegorzowi Niemczukowi. Już wcześniej wiele dobrego o nim słyszałem, a teraz osobiście usłyszałem potwierdzające famę interpretacje ukierunkowane silnie i prawidłowo, bo w zgodzie - jak sądzę - z dyspozycjami i naturą talentu młodego artysty, który stoi wyraziście u progu wysokiej kariery. Od roku 2001 pedagogiem, przewodnikiem i promotorem wybitnych na pewno perspektyw Niemczuka jest Maestro Józef Stompel.
Ciekawy i przemyślnie skonstruowany pod względem dramaturgii, a i tonacyjnie interesująco skorelowany program pozwolił Niemczukowi ukazać rozległy diapazon umiejętności i wyobraźni. Od pierwszych, lirycznych dotknięć akompaniamentu i sposobu konturowania nokturnowego melosu wzbudzał artysta pianistyczne zaufanie i zwyczajną sympatię sali, ujmował komunikatywnością, pieczołowitością gry, pięknym dbaniem o zróżnicowany - w rzeczy samej: po chopinowsku! - dźwięk i koloryt, a także skutecznością artykulacyjnych niuansów ekspresji, już to secco, już con pedale, to znów quasi campane.
Nie tylko słuchając, ale i patrząc, jako że duch to jedno, a walory zewnętrzne także nie są bez znaczenia dla koncertujących wirtuozów, miałem chwilami wrażenie, iż widzę w swobodnej aproksymacji młodego... Stompla, a to w ukłonie, to w mimice twarzy, to znów w sposobie "sprzęgania się" z klawiaturą, w uczesaniu i nawet troszkę w chodzie, szczególnie jednak w poetyce gry ani przez moment nie "nad-romantycznej", co nie oznacza jakiejś sprzecznej z naturalną młodzieńczością nie- czy zgoła anty-romantyczności!
Tak wszakże, jak łatwo oddzielimy w chopinologii monografie "romantyzujące" od pisanych raczej w chłodniejszym i spokojniejszym pryzmacie "racjonalno-realistycznym", podobnie tutaj, w muzycznej praktyce, przy czym zarówno Stompel, jak Niemczuk, zdają się preferować (bez dogmatu!) ów drugi trop. Nie ma oczywiście mowy w postawie i pianistyce Niemczuka o jakimkolwiek "klonie"; suwerenność i indywidualność tego artysty nie są w niczym zagrożone, co traktuję jako istotny pedagogiczny plus i komplement dla jego guru-Profesora.
Repertuar pobiegł tego wieczoru od "prologowego", sygnalizującego od razu etos co najmniej dwojaki, bo lirykę i zgoła "kobiecość" w splocie z "męską" burzliwością wnętrza Nokturnu H-dur op. 9, powiódł zaś nasze wyobraźnie poprzez serię mazurków z op. 33, z przejmująco pustą, jakby naiwną kwintą frygijską prowadzącą do kadencji w h-moll i ku smętkom opusu 41/1, a dalej z nawrotem do wzmożonego na dwa sposoby tonu nokturnowego w Berceuse Des-dur (genialne studium muzycznej statyczności, kręgów na delikatnie pulsującym impresjonistycznym "jeziorze") oraz innego w Barkaroli Fis-dur, której "gondolowe" rozkołysanie stanowiło pomost do pary etiud, jakie zamykają opus 10: arpeggiowej Es-dur i niosącej rozwinięcie wstęg "polsko-powstańczych" sztandarów w niespokojnym c-moll; całe owo bolesne, rozfalowane "sursum corda" zakodowane w owych etiudach nie tylko ścisnęło nam gardła, ale też podsycało i rozżarzało finałowe ekspresje sarkastycznego i jednocześnie żałobno-heroicznego Scherza b-moll.
Po drodze, przed mazurkami, zdarzył się jeszcze - ponad obietnicę daną w programach drukowanych - iście wirtuozowski (op. 34/1) Grande Valse Brillante, eteryczny i cieniujący przezroczystość, samo... powietrze, dotykający sedna walcowych idiomów i zawirowań, niejako idei walca "samej-w-sobie"; słyszeliśmy też za taflą muzyki grę ulotnych drgnień erotyzmu napływającego zza półotwartych drzwi, z jakiejś imaginowanej sali balowej tuż obok.
Dowiódłszy zaś, iż nie tylko włada biegle instrumentem, a zapas techniczny traktuje jedynie jako punkt wyjścia do gry z żywiołami wody, ziemi (w mazurkach - ziemi polskiej, oczywiście!) i ogniami buntu, to znów oniryczności (w "Kołysance") i wreszcie upewniwszy nas, jak dobrze czuje kapryśność arytmii w polskim rubato, rozumiejąc zarazem to, o co chodziło niewątpliwie Lutosławskiemu, kompozytorowi-pianiście, który w Koncercie fortepianowym nawiązał bezpośrednio do Fryderykowego pisma, gdy mówił, iż u nikogo z twórców nie pojawił się kiedy bądź w dziejach "z taką siłą i nierozerwalną spoistością tajemniczy związek trzech elementów: ręki, klawiszy i odczuwania muzyki przez dźwięk"; zawierzywszy ponadto wspaniałej intuicji Witolda Szalonka, przeświadczonego, że "archetypem" akustycznych krajobrazów muzyki Chopina jest ni mniej, ni więcej, a polski świątynny d z w o n; odłożywszy wreszcie na pulpit otrzymany po scherzu, stromo związany (a la polacca!) bukiet kwietny, pofrunął jeszcze Grzegorz Niemczuk odważnie w nieulgowy bis, skutecznie porywając za sobą nadkomplet wielopokoleniowej publiczności - w 90 minucie intensywnej gry! - na husarskich skrzydłach Poloneza As dur op. 53, co przypieczętowało zasłużony sukces pianisty, nie pragnącego rewidować tradycyjnej romantyczności ani stylu czy paradygmatu "polskiej szkoły chopinistyki", lecz nurt ten świadomie acz swoiście podejmującego za Mistrzem-Stomplem, pięć dekad temu laureatem VI Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego w Warszawie. Ryszard Gabryś, Gazeta – Silesia, nr 69, luty 2010

Muzyka to prawo moralne.
Daje duszę światu, skrzydła rozumowi,
pobudza i rozwija wyobraźnię,
czyni życie lepszym i weselszym.
Platon